Nie jest latwo znalezc hostel w Beijing. I to nie dlatego ze ich nie ma. To dlatego ze Beijing jest reklamoodporny. Ulice sa matowoszare. Budynki o imponujacych gabarytach, ale malo ktory oznaczony czy opisany. Nie ma billboardow, nie ma plakatow, nie ma szyldow innych niz nazwa sklepu nad wejsciem.
Tubylcy, mimo ze to spore miasto i stolica, przygladaja nam sie ukradkiem, niesmialo. Chociaz w zasadzie glownie to uczestnicy chinskich wycieczek snujacych sie po Beijing w takich samych czapeczkach.
Wysiadajac z samolotu na lotnisku czlowiek powinien zaczac zegnac sie z napisami ktore rozumie. Jesli dasz nabrac sie na napis "International Toursit Information" przy baggage claim na lotnisku to mozesz doswiadczyc dialogu (po postawieniu pytania o lokalizacje hosteli, ktore mielismy na liscie):
- Excuse me, can you tell me how to get to this address?
- eee, a map!
- ok, so can you show me on the map where is it?
- map cost 10 yuan.
- but will you show me how to get there?
- map cost 10 yuan.
- ok, please give me the map. where is it?
panienka strzela palcem w mape w okolicy centrum miasta.
- ok, thanks. what is the bus number we should take to get there?
- bus is ok.
- ok, but which number?
- taxi is ok.
-ok, thanks, bye.
Autobus jadacy do centrum ma numer 3. Odjezdza wg rozkladu co 20min. Warunkiem jest to ze jest pelen. Mielismy szczescie, ze nasz byl. Z zewnatrz wygladaja bardzo przyzwoicie, w srodku natomiast brud, pot, golenie brody i resztki jedzenia.
Pierwsze wrazenie odnosnie meskiej czesci spoleczenstwa: hoduja na jednym palcu u reki dlugi paznokiec. Pewnie do czyszczenia czegos. Nie wnikamy.
Pozdroz do centrum trwa okolo godziny. Wychodzisz z autobusu i juz wiesz ze jestes w informacyjnej dupie. Napada cie kierowca taksowki nerwowo powtarzajacy "I'm a taxi driver, where you go". W zlokalizowaniu nas na mapie pomaga kierowca autobusu. Nie mowi po angielsku, ale znaczaco macha reka.
Poszlismy przed siebie. Po jakims czasie trafilismy do centrum kultury i sztuki (tak przynajmniej glosil anglojezyczny napis). Przed budynkiem jakas musztra ludzi w garniturach. Moze cwiczenia na 1 pazdziernika? W srodku ochroniarz rozumie o co chodzi, ale nie zna angielskiego. Angazuje recepcjonistke. Ta nastepna. Oni razem pracownika obslugi. Ten HR managera. Nikt nie mowi po angielsku, ale kazdy rozumie jakies slowo. Kloca sie. Biegaja, znikaja z pola widzenia, wracaja. Po pietnastu minutach ochroniarz zaczepia przechodzaca dziewczyne i ona zna jezyk krolowej Elzbiety na tyle dobrze zeby kazac nam isc w prawo. I tak bysmy tam poszli, bo w lewo konczyla sie ulica.
Poszlismy. Cudownym zrzadzeniem losu w trakcie posiedzenia na murku udalo nam sie zawezic obszar poszukiwan do kwartalu D6. Co z tego, nadal nie mielismy pewnosci gdzie jestesmy.
Po okolo poltora kilometra wedrowki Krzysiek dostrzegl znak "Tiananmen 2,5km". Z mapy wynikalo ze niedaleko placu nalezy skrecic w prawo i pokonac kolejne kilka km. Po trzech godzinach wloczegi na wyczucie udalo nam sie znalezc ulice. Hostelu nie bylo i nikt z okolicznych o nim nie slyszal. Teraz juz wiem adresy podaje sie tu w szeregu: numer, zaulek, ulica, miasto, panstwo. Zaulek to slowo klucz.
Zwiedzilismy rozne zaulki. W nich dzieci w wieku okolo dwoch lat chodza z rozcietym w kroczu ubraniem. Dziura siega od pepka do kosci ogonowej. Pewnie rozwiazuje to problem pieluch.
W hostelu dostalismy w cenie mape, za ktora na lotnisku kazano nam zaplacic. Dostalismy informacje jak gdzie kiedy czym po co. Pan zaparzyl dzbanek herbaty, zdjelismy buty, wyslalismy mejla ze cali i zdrowi.
Siorbiemy chinskie piwo. Jutro plan skorzystania z dwoch z dziewieciu milionow rowerow w Beijing ;)
No comments:
Post a Comment