Tuesday, November 15, 2011

dzień 5

Dzien piaty zaczelismy cudownie. Muesli z jogurtem i bananami. Jaka to mila odmiana od klusek z magicznym skladnikiem ;)

Wczoraj wieczorem w hostelu byl coponiedzialkowy wieczor BBQ. Pobajerzylismy z nowozelandczykami, irlandczykami, kalifornijczykiem, wloszka, cos jakby arabami i brytyjczykiem ktory jest lektorem jezykowym w Xi'an. Podobno mam taka polska twarz zdaniem kalifornijczyka. Ow kalifornijczyk zabral na wielki mur swoja gitare zeby tam sobie na niej pograc. A ja myslalam ze chinki z butla gazowa i garnkami to przesada ;)

Dzis mamy dzien lenia. Sprobujemy Temple of Heaven i moze poszwedac sie po targu jedwabnym.

Komary tutaj maja bardziej swedzace cosie. I jakos troche inaczej wygladaja.

Zjedlismy swojego pierwszego owoca tutaj. Granat. I mialam tez swoj pierwszy dzien luznego jelitka. Ale to przed granatem. Krzysiek zostal fanem dania ktore sklada sie z kurczaka, ziemniakow i orzeszkow ziemnych w jakiejs paci slodko-ostrej.

A, i chyba znamy tajemnice magicznego skladnika. W zasiegu sluchu jest kuchnia. Pani smazy cos na woku i co jakis czas siarczyscie charczy. To musi byc to.

Chinczycy nosza damskie torebki. Nawet takie nieprawdopodobnie widoczne piszac kolokwialnie. Nosza je swoim Chinkom.

Tak, Chinczycy i Chinki charcza i spluwaja gdzie badz. Ale jesli o tym wiesz wczesniej to nie razie cie to az tak. I nie jest to az tak nagminne.

W metrze jak tylko krzykaczka oglasza nastepna stacje i poucza ze nalezy udac sie do wyjscia zeby zdazyc cala masa wysiadajacych Chinczykow natychmiast przepycha sie do wyjscia. A jak wsiadaja to sa błyskawicami w drodze do wolnych miejsc. 

Kazdy Chinczyk w metrze gra, czyta, rozmawia za pomoca telefonu komorkowego. Jesli tego nie robi to znaczy ze spi albo rozmawia z kims kto z nim jedzie. Srednio co sto tysiecy jadacych ktos czyta cos papierowego.

W metrze nie wolno jesc i pic. To w ramach staran o utrzymanie czystosci. Zeby sie zlac z otoczeniem schowalismy ciastka do torby na czas podrozy.

Bylismy dzis w Temple of Heaven. To bardzo mile doswiadczenie moc usiasc i slyszec tylko spiew ptakow a widziec tylko przyrode. Fajne miejsce. Co prawda zaliczylam glebe schodzac ze schodow i boli mnie lewa dupa ale i tak bylo git. 

Chinczycy maja cos takiego ze lubia chyba zajecia w grupach. W parku wokol swiatyni cala grupa klaskala a potem machala rekoma do wykrzykiwanego wspolnie wierszyka. Na moje to cos takiego bylo jak "jestem sobie Chinczyk maly.." ale nie mam pewnosci.

Bylismy tez w jednym centrum handlowym. Maja tam sklep apple ;)

W ramach walki z kryzysem zwanym "bulka z serem" poszlismy do starbucksa i macdonalda. W macu maja ludzi od wynoszenia po tobie tacy ze smieciami. A, niedobre bylo ;)

Dla spragnionych chinskich widokow plakat chinskiego obecnego hitu kinowego sci-fi ;)

No comments:

Post a Comment