Tuesday, November 15, 2011

dzień 12

Jest 9:20 rano. Od okolo piatej za oknem stoi sciana deszczu. Widocznosc ujemna. Prognoza mowi ze tak do piatku, kiedy to stad ruszamy do Shanghai. Rzeka Li musi poczekac na nastepna chinska odyseje. Smutno, bo to jedna z tych rzeczy ktore bardzo chcielismy zobaczyc. Mowi sie trudno. 

Przenosimy sie zaraz do centrum wsi. No wlasnie, chinska wies. Ta ma 110tys. mieszkancow. Czlowiekowi zmienia sie postrzeganie :) 

Update: Yangshuo jest chinskim skrzyzowaniem Krupowek i Monciaka razy milion. Jakas totalna pomylka, a do tego pogoda zmusila nas do zostania na miejscu. Oczywiscie nie bez przygod okolonoclegowych. 

W dzisiejszym hostelu powiedziano nam ze w ogole nie znaja strony hostelbookers na ktorej robilismy rezerwacje (maja referencje) i ze pokoi nie ma i nie bedzie. Coz, mieszkamy gdzie indziej. Zbijamy wakacyjne baki :) 

Jako ze o widokach niewiele dzis mozemy napisac to o Chinczykach kilka slow znow. 
Toalety chinskie przewaznie sa typu radzieckiego, czyli kucane. Dodatkowym atrybutem jest to ze wszedzie wisza kartki z przestroga by nie wrzucac papieru toaletowego do dziury czy muszli, tylko do kosza na smieci. Ze wzgledu na wrazliwosc Czytelnika pominiemy opis powonienia. 

W telewizji jest na przyklad trzydziesci kanalow. Pierwsze szesnascie chinskiej telewizji publicznej, kolejne czternascie chinskiej telewizji pewnie tez panstwowej. Nazwy kanalow telewizyjnych zmieniaja sie tylko numerkami. 

Seriale (wciagnelam sie w jeden) najczesciej osadzone sa w realiach cesarstwa. Kostiumy, makijaze, milosc, nienawisc i intrygi. Ten co widzialam (cztery odcinki pod rzad) byl o zlej ksiezniczce, ktora robila bardzo pod gorke innej lasce co to dwoch najfajniejszych facetow sie w niej kochalo. Pogrzebaczem ja po twarzy, chodakiem po nadgarstku. Zla ksiezniczka, zla. 

Wczoraj natomiast ogladalismy program w ktorym grano na instrumencie ktorego nazwy google nam nie podalo, a ktory skladal sie z drewnianej puszki, kijka i struny. Kakofonia. A do tego umalowany gardłujacy czlowiek w dziwnym stroju i z wąsami na drucie. Krzysiek robil dubbing. Plakalismy ze smiechu. Pan mial numer 37. Wnioskowalismy ze to jakis konkurs talentow. Jak po numerze 37 wyszedl 38 te z takim instrumentem i tez z dlawiacym sie w spiewie wasaczem na drutach zaczelismy sie turlac. W sumie bylo ich czterdziestu. Bylo tez jury w skladzie: czlowiek ktory sypia w papilotach, kobieta, mezczyzna z polowa fryzury. Bardzo fajny program. 

Filmy pelnometrazowe. Widzielismy kilka podczas podrozy autobusami czy pociagami. Taki na przyklad "KungFu Master" byl jak gra komputetowa. Koles w pantalonach skakal, wymachiwal, wszystkich pokonywal. I tak caly film przechodzil kolejne bossy. Inne glownie o cesarstwie, jak seriale. A, jeden osadzony we wspolczesnosci (takiej europejskiej a nie chinskiej) byl tez o milosci i o tym ze pan chinczyk zdenerwowal sie i wstal z wozka inwalidzkiego. 

Programy rozrywkowe wygladaja jakby smieszyly publicznosc na znak ze nalezy sie smiac. 

W restauracji kelnerka przyprowadza Cie do stolika i stoi nad toba gdy przegladasz menu. Dla nas to nieprzyjemnie popedzajace. 

W znacznej liczbie knajp podano nam rachunek przed podaniem posilku. 

Tyle na te chwile. Reszta potem :)

No comments:

Post a Comment