Dzis jedziemy autobusem do Xi'an. Jakies szesc godzin. Tam spedzamy dwie noce i potem samolotem lecimy do Guilin. Taki jest plan ramowy.
* * * * *
Trzy pokolenia chinskiej rodziny. Mama trzyma na rekach trzylatka (okolo). Tata robi zamach reka i uderza dziecko. Mama stawia wyjacego malca na ziemi. Babcia, dziadek, ciocia, wujek, przechodnie nie reaguja. Mama tez nie. Stoi na bacznosc bez slowa. Tata szarpie jeszcze dziecko po calej szerokosci deptaku. Zero reakcji otoczenia.
Psa mozna zdzielic z buta. Mozna tez przetrzepac mu grzbiet czymkolwiek co jest pod reka. Zwierze musi nakarmic sie samo. Wyglada jak brudny worek siersci pelen kosci.
Chinczycy niewyobrazalnie brudza przy jedzeniu. Syf jaki po sobie zostawiaja trudno opisac. Ale moze na to tez bedzie plan piecioletni, jak do walki z paleniem w miejscach publicznych. Charcza, mlaskaja, pluja a takze wymiotuja. W kolejce do bankomatu na przyklad. Wystarczy odejsc na dwa metry, tam gdzie zaczynaja sie schody i nie bedzie duzego rozbryzgu na buty.
Chiny maja bardzo cienka warstwe lukru. Bardzo.
* * * * *
Dotarlismy do Xi'an. Za pomoca autobusu dalekobieznego. Biletow na autobus nie widzielismy na oczy. Pan wlasciciel hostelu zorganizowal nam transport - skorzystalismy z pomocy za jedyne 35y prowizji, bo podroz na dworzec autobusowy i spowrotem nie wyniosla by wiele mniej, a szkoda nam bylo czasu, wolelismy poszwedac sie po Pingyao.
Pod hostel o 10:00 podjechala riksza, ktora miala dowiezc nas na dworzec autobusowy. Odjazd autobusu mial byc o 10:47. O 10:35 dotarlismy na wjazd na autostrade. Pusto, owce sie pasa, nikogo. Tym bardziej dworca, o autobusie nie wspominajac. Poczekalismy. Przeciez mielismy kawalek papieru z czerwona pieczatka od czlowieka ktorego imienia nie znamy, wiec pelen luz, prawda? ;)
Autobus wylonil sie z autostrady pare minut przed 11:00. Zapakowalismy sie ale nie bylo wystarczajacej liczby miejsc siedzacych. Wazny autobusowo chinczyk przestawil jedna chinska babcie gdzies indziej i juz bylo miejsce. Poczulam sie jak zla biala pani, ale balam sie protestowac. Krzysiek mowi ze nigdy nie jechal autobusem z tak duza iloscia miejsca przypadajacego na jednego pasazera, co nalezy rozumiec w ten sposob ze nie dotykal kolanami miejsca poprzedzajacego i to bylo dobre.
Autostrada do samego Xi'an. Ponad 500km. 6h. Po drodze rzeka Jangcy, jedna stacja benzynowa, jakas elektrownia atomowa i pola kukurydzy. Monokultura pelna geba. Myslelismy ze gotowana kukurydza, ktora jest tu tak nagminnie sprzedawana i z takim uwielbieniem spozywana przez pieszych to rodzaj jakiejs "tradycji", cos jak wata cukrowa w Polsce. Ale to chyba najlatwiej dostepny pokarm. No 500km i nic tylko kukurydza. Moze oni ryz tez maja z tej kukurydzy?
Przerwa na stacji benzynowej. Wybor przekasek wysmienity. Zdjecia wkleje pozniej, bedzie mozna sobie popatrzec. Chipsy i krakersy sa passe.
Struktura przystankow jest bardzo ciekawa. Co jakis czas odzywal sie ow wazny autobusowo chinczyk i wtedy ktod podchodzil do wyjscia. Autobus zatrzymywal sie w srodu niczego, na autostradzie (tak, nie tylko autobus, bo inni tez - na siku na przyklad.. a wyprzedzanie pasem bezpieczenstwa to norma, trzeba se tylko trabnac klaksonem zeby nikt inny w tym czasie nie probowal) i wysadzal czlowieka w tym srodku niczego tak o. Znaczy ze co? Ze ma sobie dojsc do zjazdu? Isc przez te kukurydze? Jedna pani wysadzil tuz przy wydeptanej sciezce na wiadukt, wiec moze to normalne.
Mamy wrazenie w ogole ze uczestniczylimy w czarnym chinskim rynku przewozowym. Jak dojezdzalismy do posterunku policji przy autostradzie to czesc pasazerow chowala sie poza zasieg okien. I cala reszta wczesniej tez chyba o tym swiadczy.
Dojechalismy do Xi'an, wysiedlismy, tradycyjnie napadli nas taksowkarze z pytaniem czy nas zawiezc i gdzie. Jak pokazalismy na mapie gdzie to chcieli 100y. Powiedzielismy ze mozemy zaplacic max.20y i jakos nie chcieli na to pojsc.
Nie wiedzielismy gdzie autobus nas wysadzil. Zadnych innych napisow niz chinskie. Ani jednego kiosku z mapa. Nic. Taki plac gdzie zjezdzaja sie autobusy i tyle. Nie chcielismy placic taksowkarzowi wiec postanowilismy isc przed siebie. Weszlismy do jednego z hoteli i za pomoca phrasebook poproslismy pania zeby nam pokazala na mapie z Lonely Planet gdzie sie znajdujemy. Nie umiala. Poszlismy dalej. Potem skrecilismy w prawo. W prawo po kilkuset metrach tez nic sie nie dzialo specjalnego wiec zawroclilismy. Z przeciwka szedl jeden czlowiek. Znow za pomoca slownika zapytalismy gdzie jestesmy, a Krzysiek dodal "jak dotrzec do centrum". Pan odpowiedzial po angielsku, ze musimy skrecic w prawo, ze autobus K203 oraz ze przejazd kosztuje 2y.
Autobus przyjechal prawie natychmiast. Przejechalismy sie w chinskim szczycie komunikacyjnym, na dzien przed swietem narodowym. Kazdy z pakunkami, kartonami, siatami i nerwem w oku. Ale bylo warto. Umiejetnosci chinskich kierowcow sa niesamowite i zaoszczedzilismy 96y ;)
Dojechalismy do centrum. Przeszlismy na druga strone ulicy i zobaczylismy Subway. Jezu, bula! Zjedlismy wersje wloska, z salami i serem. Pyyyychaaa! :) Z pelnymi zoladkami w ogole nie czulismy stresu jak znalezc hostel, wiec na wyczucie poszlismy w lewo, byle przed siebie. Hostel czekal na nas jakies 100m dalej. Jestemy zajebisci ;) I tak o.
Dzieki NIEOCENIONEJ pomocy Anusi (D-Z-I-E-K-U-J-E-M-Y!!!) mamy eticket na samolot do Guilin na 02.10.
Jutro, w najbardziej tlocznym dniu roku chinskiego, wybieramy sie obejrzec Armie Terakotowa. Powinnismy robic zdjecia twarzy tubylcow, kiedy mowimy gdzie, jak i kiedy chcemy jechac ;)
A, Xi'an jest ladniejsze chyba niz Pekin. I maja balkony, wiec cofamy co pisalismy wczesniej. Tylko ze te balkony to nie takie w naszym rozumieniu, tylko obudowane zakratowane pseudowykusze.
Update: Jesli trafisz do Xi'an jako pierwszego miasta w Chinach, a pierwsza ulica jaka bedziesz isc nosic bedzie nazwe Nan Dije to uznasz ze to co napisalismy do tej pory jest stekiem bzdur ;)
No comments:
Post a Comment