Tuesday, November 15, 2011

dzień 11

Znalezlismy szkole tai chi. 

Ludzie ktorzy nas przyjeli wczoraj (prowadza eko-pensjonat) znalezli ja jeszcze wczoraj, kiedy juz spalismy i zadzwonili do wlasciciela ze jestesmy ale nie moglismy go znalezc. Dzis pojechalismy tam taksowka, bo starsznie daleko. 

Pan Henry Huang jednak sprzedal nasz pokoj i zaoferowal nam w zamian na nocleg arcybrudny magazyn albo komorke, jak zwal tak zwal. Mi lzy naplynely do oczu momentalnie. Nasze wiejskie zycie w Chinach mialo wyglad rudery z myjnia, tartakiem i warsztatem samochodowym pod spodem. Nie wiem kto i gdzie zrobil zdjecie widoczne na hostelworld, czegos takiego nie ma w zasiegu wzroku. Poszlismy wiec przed siebie i znalezlismy nocleg najdrozszy w calej historii podrozy ("bo wie pani, mamy zloty tydzien!") ale warunki iscie hotelowe. Moze malo to przygodowe ale ten etap mial byc akurat tylko przyjemny :)

Bierzemy rowery i jedziemy przed siebie :) 

Update: Kiedy piszesz bloga z doskoku, wtedy gdy akurat kos inny nie "okupuje" hostelowego komputera, tak na zywca, bez zdumiewajacej refleksji to wychodzi ci kolokwialnie piszac sprawozdanie. Czesto chaotyczne, szczegolnie gdy przegladarka nie pozwala na nowe akapity. 

Dzis poginalismy na rowerach po okolicy ale nic nad specjalnie nie urzeklo. No moze poza tym, ze Chinczycy kaza sobie placic za podejscie na gorke, ktora ma dziure w srodku i to cala jej atrakcyjnosc. Nie skusilismy sie. 

Mnie pokonalo przeziebienie a Krzysiek jako dobry maz porobil nic razem ze mna :) Srajfon gra nam muzyke, a my snujemy sie myslami po minionych dniach. Wcinamy chinskie ciastka naprzemiennie z chinska zupka instant. A, zupa z Radomia lepsza, chociaz tutaj dodaja 2cm kw. kapusty w czterech porcjach. Milego wieczoru :)

No comments:

Post a Comment