Tuesday, November 15, 2011

dzień 3

(uzupelnilismy dzien drugi)

Dzien trzeci zaczyelismy wczesnie dosc bo o 5:20. Za 10min podjedzie bus ktory zabierze nas na Mur. Niedaleko jest plac zabaw (w naszym rozumieniu). Spotkalismy tam dzis chinska babcie i chinskiego dziadka naparzajacych w ping-ponga. Chinska babcia trzymala sie stolu bo ledwo stala, ale w zdrowym ciele zdrowy duch, pomimo niedzieli tuz po swicie.

Planowy wyjazd o 6:15 skonczyl sie tym ze o 6:27 recepcjonistka zadzwonila i po dwoch minutach pan juz byl. A tyle naczytalismy sie o chinskiej punktualnosci.

Podazalismy busem, do ktorego dosiadali sie inni cudzoziemcy, na poczatku lekko zmieszani tym ze nie bylo pasow bezpieczenstwa w pojezdzie. Bus dowiozl nas do wiekszego autobusu a tam czekala na nas przewodniczka w odjazdowym rozowym kapeluszu tiulowym, ktory pewnie uchodzi tu za szalowy i modny. Trafilo nam sie miejsce tuz za kierowca, co bylo dobre i bylo zle. Podroz planowo miala trwac trzy godziny ale ze byla to niedziela rano to korki jakby mniejsze (tu banki np. pracuja takze w niedziele).

W autobusie dostalismy sniadanie ktore bylo "w cenie". Ham muffin i kawa z maca.

Po okolo godzinie drogi Krzysiek uslyszal tuz za soba niepokojaco glebokie i przyspieszone oddechy, potem zwrotki a potem pawia. Tego nie da sie opisac. Zainteresowanych szczegolami zapraszamu na kawe po powrocie ;)

Poza tym z podrozy to jeszcze na przyklad ze w Chinach nic sie nie marnuje (mamy na to tez inne dowody). Zepsuty zamek w kurtce? No problem. Wsiadasz na motocykl z kurtka zalozona tyl na przod i jedziesz a wcale ci nie wieje w korpus. Maja tez takie motorki z przyczepka a na niej czasem przewoza makulature a czasem ludzi. Widzielismy dwoch mezczyzn na przyczepce w kaskach owinietych kartonem i obwiazanych drutem, zeby im nie wialo w uszy w trakcie jazdy tyłem do przodu.

Dobrze ze Chinczycy nie buduja nam juz autostrad. Widzielismy ich wlasne. Dobrze, bardzo dobrze. Przy okazji, trudno tu chyba o bezrobocie. Przy wjezdzie na autostrade jest automat wydajacy bilety ale ten automat jest w budce w ktorej siedzi czlowiek i te bilety podaje.

Zasady ruchu drogowego sa takie ze jest jedna zasada: wiekszy pierwszy. Poza tym jeszcze jest taka ze klakson to najlepszy sposob komunikacji na drodze. Kierunkowskazy? Po co? Pff..

Nasz pan kierowca byl bardzo dobrym kierowca. Ominal trzy blakajace sie po ulicy psy na przyklad, a jechal wcale nie wolno.

Przy drodze sa mobilne myjnie. Stoja male grupki osob z wiaderkami i machaja szmatami na zachete. Sa korzystajacy.

Pokrowce w super wypasnych samochodach czesto sa dziergane na szydelku. Takie babcine serwetki w kwiatki, kremowo-rozowe, tyle ze na fotelach.

Jeszcze w Polsce planowalismy wyprawe na czesc zwana Jiankou. W Pekinie okazalo sie ze obecnie ta czesc jest zamknieta. Wybralismy sie wiec na odcinek Jinshanling w kierunku do Simatai. Wstep 50y. 
Mielismy cztery godziny czasu na miejscu. Mala chinka w rozowym kapeluszu powiedziala ze piesze wejscie zabierze nam za duzo czasu i energii wiec powinnismy skorzystac z kolejki i ze biletow zjazdowych kupic sie nie da na gorze wiec kupilismy od razu takze te w dol, nie majac pojecia ile czasu zajmie nam przejscie kawalka muru. Wjazd 30y, wjazd i zjazd 50y.

Doswiadczenie jazdy chinska kolejka linowa - bezcenne. Do obslugi wagonika sa trzy osoby. Jedna otwiera drzwi, jedna cie wpuszcza i zamyka za toba, trzecia jest na zmiane (?).

Wykupywanie zjazdu jest bez sensu. Zejscie spacerem zajelo nam niecale 50min. Mozna tak dysponowac czasem zeby swobodnie zejsc piechota. Natomiast wjechac faktycznie warto, bo mur w tej czesci nie jest spacerniakiem a podejscie malo ciekawe.

Od samego poczatu wyjscia ze stacji kolejki linowej czlowiek ma swoj cien. To mongolskie wiesniaczki mowiace po angielsku lepiej niz polowa chwalacych sie ta umiejetnoscia pekinczykow. Beda za toba chodzic do upadlego w nadzieji, ze w koncu kupisz wachlarz albo co od nich. My naszej pozbylismy sie dosc szybko, ale ofert po drodze mielismy jeszcze kilka.

Dreptajac po murze na ktorejs z wiez spotkalismy dwie chinki, ktore przyjechaly z nami autobusem. Mialy ze soba mala butle gazowa i gotowaly noodle bo zglodnialy. Mamy zdjecia na dowod ze niektorzy nosza gary na wielki mur ;)

W oczekiwaniu na "lunch w cenie" przystanela obok mnie piszacej pamietnik starowinka chinska i chichotala przez dobre kilka minut. Mlody chinczyk probujac swych sil w jezyku angielskim wytlumaczyl ze strasznie fajne jest to ze tak szybko pisze. Moze powinnam zaczac zarabiac tu w ten sposob.

Mur jest taki jakiego czlowiek sie spodziewa jesli nie znalazl sie tam przypadkiem. Reszta na zdjeciach ktorych na razie nie mamy jak dorzucic, ze strachu przed utrata zdjec w ogole (zdjecie klombu w efekcie kosztuje mnie ponad dwiescie zlotych, bo orange i tak nalicza polaczenie z siecia, ignorujac wi-fi).

No comments:

Post a Comment