Tuesday, November 15, 2011

dzień 7

Pingyao to miasteczko jak z "Wielka draka w chinskiej dzielnicy". W zasadzie jego czesc w starych murach. Za murami jest jak wszedzie. 

Duzo tu przemyslu turystycznego, "staroci", wiekszosc miejsc ma opisy po angielsku. Ale to jesli kroczysz glownymi ulicami. Jesli zagubisz sie w pozostalych to masz szanse zobaczyc przyklady chinskiej mysli technologicznej w budownictwie mieszkaniowym. Metody ulozenia cegiel i ich laczenia sa niepoliczalne.

Pingyao slynie zdaje sie z wyrobow z laki. Maja tez fajne pamiatki z Mao. Takie cos jak u nas ogrodowe krasnale. Krzysiek by chcial jednego Zedonga do ogrodu, ale jeszcze trawnik niegotowy wiec odpuscil.

Szwedajac sie poza ciagami pieszo-jezdnymi dla turystow przypadkiem trafilismy na chinska ceremonie pogrzebowa. Przed budynkiem grupa grajkow dynamicznie uderzala w bebny, dzwonki i inne instrumenty. Zalobnicy ubrani byli w biale dresopodobne stroje, na glowach mieli papierowe jakby czepki. Na drodze przed budynkiem palilo sie jakies zawiniatko. Odwazylismy sie jedynie zrobic zdjecie wiencow. Zbyt bardzo przyciagamy uwage.

A tak poza trasa: Chinki nosza parasole, otwarte, chociaz nie padalo tu od siedmiu dni. Nosza tez rekawiczki albo kapelusze. Wszystko by skora pozostala jak najjasniejsza.

Co drugi chinski dziadek wyglada jakby bez charakteryzacji mogl zagrac mistrza w "Karate Kid".

Na sniadanie zjedlismy takie jakies kulki smazone na glebokim tluszczu, wypelnione pasta z fasoli o smaku suszonej sliwki oraz gar klusek z wolowina (to Krzysiek) i zupe grzybowa. Albo umre albo bede zyc wiecznie. Same blaszane lebki, z szesc rodzajow.

No comments:

Post a Comment