Musielismy zmienic miejsce pobytu na druga noc, bo najlepszy hostel w Azji 2009 nie mial miejsc (wcale nie jest najlepszy, o czym potem). Znalezlismy sie w innym, tanszym, bardzo papierosowo aromatyzowanym oraz brudnym przy glebszym wejrzeniu. Lokalizacja to nie hutong z lokalasami wokol.
Schodzac uliczka w dol dociera sie do jeziora przy ktorym naciapane jest knajp jak nigdzie w Polsce. Atrakcja kazdej knajpy jest wystep na zywo. Na soczyscie oswietlonej scenie metr na dwa siedzi czlowiek z instrumentem badz tylko mikrofonem i spiewa piosenke. Na pierwszy rzut ucha melancholijna, na drugi dla niewprawnego europejskiego ucha wszedzie taka sama. Wykonalismy spacer wokol jeziora (no moze 1/3) podgladajac nocne zycie pekinczykow. I sklepy tez na przyklad. W jednym bardzo zapadlam na bol checi posiadania. Mieli obudowy do srajfonow z kroliczymi uszami, albo takie w ksztalcie pandy. W innym byly koszulki produkcji DJ FLASHING T-SHIRT ze swiecacymi napisami. Jeszcze inny z kolei caly jakby rozowy a w nim wszystko co kazdy szanujacy sie kidult chcialby miec. Zreszta, czego tu nie ma. Sa trampki NIKI i volkswagen SANTANA 2000.
Przystanki autobusowe nie maja miejsc siedzacych. Tubylec tlumaczyl ze to dlatego ze autobusy jezdza co 3-5min i nie ma potrzeby budowania miejsc siedzacych. Niby logiczne, tylko co robia ci wszyscy ludzie siedzacy na chodniku, jedzacy swoje gotowane jajka oraz siorbiacy herbate? Na poczatku myslalam ze to tylu bezdomnych. Potem zorientowalismy sie ze te grupy "bezdomnych" wystepuja w miare regularnie i jakby nic poza mala siateczka nie posiadaja. Taki folklor, ze niby wszyscy rowno?
Mieszkamy niedaleko parku gdzie ludzie przynosza rano klatki ze swoimi ptaszkami. Wieszaja te klatki na drzewach a ptaszki uprawiaja trele. Spacer taka alejka jest poprostu osom! Papugi, gwarki, i jakis tuzin takich co nie znam wcale. Ptasie radio, radio, radio.
Widzielismy pozostale osiem i pol miliona rowerow.
Najdrozszym napojem w Pekinie jest herbata. Tak, herbata. Piwo 0,6l w knajpie kosztuje 6 yuanow, herbata 10-30 yuanow.
Wszyscy sa tu mili. Nie rozumieja o co pytamy, nie umieja odpowiedziec inaczej wiec po chinsku uprzejmie tlumacza co i jak. Usmiechaja sie na moje chinskie "nie rozumiem"i wtedy przechodza do rekoczynow. Ida kawalek z nami i rekoma pokazuja ktoredy i dokad, ciagle tlumaczac po chinsku. Przewaznie trafiamy.
Ladnych chinek najwiecej jest w restauracjach. W charakterze kelnerek. No i na plakatach reklamowych. Poza tym trafia nam sie jedna co pol miliona mijanych czyli srednio z osiem dziennie.
W mauzoleum Mao Zedong sprzedaja sztuczne kwiaty zeby mozna bylo sobie polozyc pod pomnikiem. Wygladaja jakby noca trafialy spowrotem do obiegu dziennego. W srodku Krzysiek widzial starszawych tubylcow chlipiacych na widok szklanej trumny. Nie znamy powodu chlipania a publicznie boimy sie domyslac.
A, zeby wejsc na plac Tiananmen trzeba dac sobie przeswietlic bagaz.
Bylismy dzis na garnku z kluskami (i magicznym skladnikiem). Oprocz makaronu ryzowego bylo tam mnostwo smieci typu krewetki, kurczak, kielki, cos smazonego, cos gotowanego i cos jeszcze. Dodatkowo na talerzykach podali martwe robale na glebokim tluszczu i kwiaty jasminu w zalewie. Dobre bylo! Koszt dwoch wielkich garnkow (nikt z nas swojego nie dal rady zmiescic) plus dzban herbaty i duze piwo to 82 yuany.
No comments:
Post a Comment